Z okazji pięćdziesiątych urodzin kogoś, kto jeszcze w opowiadaniu nie przyszedł na świat, nadprogramowy rozdział.
---------------------------------------------------------------------
I całe szczęście, że to zrobiła, bo świadomość, że mama jej pilnuje, pomagała przetrwać kolejne dni, a nie były łatwe. Już gdy Gracia wracała z cmentarza natchnęła się na grupkę czterech miejscowych czarownic, które zażarcie dyskutowały właśnie o niej:
- Tak nie może być! - mówiła jedna z nich. - Aberforth nie może dłużej zajmować się tym dzieckiem!
Gracia przystanęła, aby chwilę posłuchać.
- A co chcesz zrobić? - zapytała inna. - Doniesiesz o tym Ministerstwu, tak jak to zrobiłaś z tamtym chłopcem?
- Moim zdaniem to nie nasza sprawa...
- Można napisać do hiszpańskiego Ministerstwa Magii. Co prawda ta Navarro zabrała się i wyjechała...
- I krzyżyk na drogę - wpadła jej w słowo pierwsza. - Mój mąż za bardzo się nią... zachwycał.
- Ale może jakoś to załatwią - kontynuowała niestrudzenie czarownica, której przerwano.
- Prawda, pod wątpliwą opieką Aberfortha dziewczynce może stać się krzywda i zdecydowanie powinnyśmy coś z tym zrobić, skoro jej matkę chrzestną Navarrowie pogonili, ale...
Jej wzrok padł na Gracię. Wszystkie cztery natychmiast umilkły. Dziewczynka wyszczerzyła do nich zęby i czym prędzej odeszła, otulając się szczelniej płaszczem. Wiatr targał jej włosy, gdy biegła do domu. Musi... Musi jak najszybciej napisać list do cioci Landry. Wytłumaczyć jej wszystko... Może tym razem odpisze.
Wpadła do domu jak burza, a za nią kilka zeschłych liści. Zaaferowany sobą ojciec krzątał się po kuchni podśpiewując pod nosem: "Uwarzymy Amortencję i problem rozwiąże się sam…"
Wyjęła z szuflady pergamin i czerwony atrament, usiadła na kanapie i zaczęła pisać, kreśląc koślawe litery. Po "Kochana Ciociu", słowa już pojawiały się same. Podobnie jak łzy na jej zarumienionych policzkach. Sama nie wiedziała, dlaczego w cioci Landrze widzi ostatnią deskę ratunku dla siebie i swojej rodziny. Poznały się przecież niedawno, a tak bardzo ją kochała. Nie chciała, żeby opiekę nad nią przejęło Ministerstwo Magii.
Z kuchni dobiegł głuchy odgłos wybuchu i kilka siarczystych przekleństw ojca. Cały dom wypełniła woń czekolady i jesiennych liści oraz jeszcze jeden zapach, którego w tej chwili nie była w stanie zidentyfikować. Nie była to jednak pora, aby się nad tym zastanawiać.
Zaledwie złożyła podpis na końcu swojego błagalnego listu, podbiegła do glinianego kufla na kominku, w którym rodzice zawsze trzymali drobne monety. Zostało w nim jeszcze kilka knutów. Przesypała je wszystkie do kieszeni i mając nadzieję, że to wystarczy, nie zwracając uwagi na siąpiący deszcz, pobiegła na sowią pocztę.
Gracia czekała na odpowiedź cierpliwie. Nawet nie wychodziła z domu, aby nie przegapić sowy, ale Landra Navarro, jak to miała w zwyczaju, na list nie odpowiedziała.
Dziewczynka pomału zaczynała obwiniać o to jej nowego partnera... A może po prostu nie otrzymała wiadomości... Do Hiszpanii musiało być daleko... W końcu napisała krótki liścik do wujka Albusa. Może on będzie potrafił skontaktować się z ciocią Landrą...
Kilka dni później z popołudniowej drzemki wyrwało Gracię dudnienie do drzwi. Ktoś tak w nie walił, jakby się paliło.
- Gracia! Już się bałam, że jesteś chora - zawołała uradowana na jej widok Melissa. - Mamusia pozwoliła mi tutaj po ciebie przyjść. Chodź szybko! Naprzeciwko nas wprowadza się ktoś nowy! Zobaczysz, jakie piękne rzeczy wnoszą!
Gracia została tak mocno pociągnięta za rękę przez przyjaciółkę, że ledwo zdążyła złapać jakiś sweter i zatrzasnąć za sobą drzwi. Oczy Melissy błyszczały z radości, gdy prowadziła ją w okolice swojego domu.
- I chyba będziemy miały nową koleżankę - opowiadała. - Widziałam jak wnosili zabawki, takie piękne maskotki! A Rosmerta mówi, że nieśli też lalki. Czeka tam na nas ze swoim tatą. Chłopcy chyba nie bawią się lalkami, co?
Gracia nie miała na ten temat zdania. Chłopiec, którego urzędnicy Ministerstwa Magii zabrali dwa lata temu nie bawił się, ale był on jedynym chłopcem z jakim kiedykolwiek się przyjaźniła. Czasami jej dokuczał, ale zwykle był bardzo sympatyczny. Wyszukiwali ładne patyki i udawali, że rzucają zaklęcia. Może kiedy zrobi się cieplej to Melissa i Rosmerta też dadzą się na to namówić. Tylko czy ona jeszcze będzie wtedy z tatą?
Gdy dotarły na miejsce smutne myśli natychmiast uleciały z jej umysłu. Stary, zrujnowany dom, który tyle razy mijały z ciocią Landrą idąc do pani Puddifoot, teraz wyglądał jak nowy. Błyszczące okna i lśniące w jesiennym słońcu brązowe dachówki były tylko początkiem. Odbudowano komin i chyba wymieniono większość przegniłych desek. Teraz wnoszono błyszczące, brązowe meble, bibeloty, obrazy i inne ozdoby. Zbiegła się tutaj przynajmniej połowa wioski, aby obserwować tę przeprowadzkę. Czarodzieje wymieniali między sobą plotki i zastanawiali się, kto nowy może wprowadzić się do Hogsmeade. Atmosfera zaciekawienia, radosnego podniecenia i tajemnicy narastała z każą chwilą. Wciągała Gracię jak kręcący się z zawrotną prędkością wir. Ktoś kto tutaj będzie mieszkał musi być bardzo bogaty, myślała. Tylko kto to może być?
- Otulę cię, bo się przeziębisz - powiedział pan Woodcroft, okrywając ją swoją wierzchnią szatą.
Stali tak jeszcze chwilę: Gracia, Melissa, Rosmerta i jej tata. Dziewczynka czuła dziwne ciepło, które nie miało nic wspólnego z płaszczem, którym była owinięta. Ono było gdzieś w niej, w środku... Ktoś się nią opiekował, przynajmniej przez tę jedną chwilę. Obserwowała te wszystkie wnoszone luksusy i wyobrażała sobie swoją rodzinę - zgodną, szczęśliwą. Ona, tata, ciocia Landra i... duch jej mamy, pilnujący spokoju ogniska domowego.
Na ulicę wyszedł czarodziej co wieczór zapalający różdżką przydrożne latarnie. Zebrani mieszkańcy pomału zaczynali rozchodzić się do domów. Dzisiaj nie doczekali się nowego sąsiada.
Podobny stan rzeczy, utrzymywał się przez kilka następnych dni. Z okien pokoiku Melissy, Gracia obserwowała, jak różni czarodzieje pojawiają się przed domem, chwilę się weń wpatrują, a potem odchodzą, stwierdzając, że nic się nie zmieniło. Niektórzy, o wiele bardziej ciekawscy, pukali do drzwi, a nawet zaglądali przez okna na parterze. Było to dość komiczne, bo musieli wspiąć się na beczki i skrzynki stojące przy podmurówce. Jeden z nich, ściślej mówiąc gazeciarz z Hogsmeade, spadł prosto do pobliskiego koryta. Wiatr porwał sprzedawane przez chłopaka gazety. Pierwsza strona jednej z nich uderzyła w okno, przy którym stały dwie siedmiolatki. I wtedy Gracia to zobaczyła: krótki artykuł zajmujący dolną część strony. Opatrzony był fotografią czarnowłosego mężczyzny po trzydziestce, którego ona znała jako swojego wuja, Alejandra Navarro. Zdążyła przeczytać tylko tytuł: "ZMIANY W HISZPAŃSKIM MINISTERSTWIE" i cała strona już polatywała nad dachem sąsiedniego domu.
- Potrzebna mi ta gazeta - oświadczyła Gracia, trochę zbyt ostro.
- Nic się nie martw. Tatuś na pewno ją ma - uspokoiła ją Melissa.
Pan Meletius Flumme siedział spokojnie w fotelu w salonie. Był to dobrze zbudowany mężczyzna o blond włosach, zawsze pełen energii i pogody ducha. W tej chwili mieszał łyżeczką w filiżance z herbatą i dowcipkował ze swoją żoną.
- Mamusiu... Tatusiu, potrzebny nam... - Przerwała, bo zobaczyła leżącą na stoliczku kawowym gazetę. - No właśnie, "Prorok Codzienny".
Natychmiast przyklękły na puszystym dywaniku.
- Co, Gracia? Widzę, że chcesz się dowiedzieć co słychać w kraju twojej mamy - zagadnął pan Flumme.
- Nie. Chcę wiedzieć co dzieje się u mojej cioci - odparła dziewczynka, jakby to było oczywiste. - W ogóle do mnie nie pisze.
- Cóż - westchnęła mama Melissy. - Na pewno jest bardzo zajęta. A sądząc po tym, co jest napisane w "Proroku", będzie miała jeszcze więcej obowiązków.
Ciekawość wzięła w Gracii górę. Zamiast dalej grzecznie rozmawiać, przyciągnęła do siebie gazetę.
ZMIANY W HISZPAŃSKIM MINISTERSTWIE
Od dwóch lat trwają rozmowy między brytyjskim, a hiszpańskim Ministerstwem Magii w sprawie sprawniejszego przemieszczania się czarodziejów pomiędzy naszymi krajami. Jednak w chwili decydujących rozmów, gdy sprawa jest na finiszu, hiszpański Minister Magii, Alejandro Navarro (lat, 36), nagle postanowił przeprowadzić rotację na stanowiskach w swoich departamentach, głównie w tych, które najbardziej nas interesują.
Dotychczasowy szef Departamentu Międzynarodowe Współpracy Czarodziejów, pan Rodrigo Porfirio (39 lat), objął wczoraj stanowisko szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów i Mugoli, zwolnione przez Carlosa Borrella (lat, 82), który podobno wreszcie przeszedł na emeryturę. Na łamach hiszpańskiej prasy pan Porfiro wypowiadał się o tym zdarzeniu jako o awansie. Natomiast do tej pory prowadzony przez niego departament od dzisiaj podlegać będzie pannie Landrze Navarro (lat, 30), która nie odda jednak Departamentu Sekretów i Tajemnic.
- Rozumiemy, że dla społeczności czarodziejów może to być rozwiązanie dość nietypowe - tłumaczył od rana tę decyzję rzecznik prasowy hiszpańskiego ministerstwa, Fernando Guttierre (32 lata). - Debata na ten temat trwała całą noc, a Hiszpańska Rada Czarodziejów uznała wreszcie, że taki precedens nie stoi w sprzeczności z naszym prawem. Co więcej było to już praktykowane. W naszej obecnej sytuacji, jest to najbezpieczniejsze rozwiązanie do czasu, gdy znajdzie się odpowiedni kandydat na jedno ze stanowisk. Do tego czasu, pani Navarro ma pełną władzę decyzyjną i wykonawczą w obu departamentach.
Co dziwne, w Hiszpanii ta nietypowa decyzja, wywołała mniej emocji niż w innych krajach, których właściwie to nie dotyczy. Rzeczą ogólnie wiadomą jest jednak, że wśród swoich rodaków panna Landra Navarro jest osobą popularną i lubianą, jednak Minister Magii po raz kolejny udowodnił nam, że jego siostra, zaraz po nim jest też najważniejszą osobą w państwie.
Nam natomiast pan Navarro zgotował jeszcze jedną, niezbyt miłą niespodziankę. W nocy ze stanowiska odwołany został reprezentant hiszpańskiego Ministerstwa Magii w Wielkiej Brytanii. Do teraz to, kto go zastąpi owiane jest tajemnicą.
- Panie Flumme, czy mógłby mnie pan odprowadzić do domu? - zapytała nieśmiało Gracia, gdy w końcu udało jej się przeczytać całość.
Chciała to jak najszybciej przemyśleć w swoim własnym pokoju. Nie wiedziała jeszcze co to może oznaczać dla niej.
Takiej ulewy dawno w Hogsmeade nie było i nie zanosiło się na to, aby deszcze w końcu zastąpił śnieg. Gracia siedziała w domu wraz z ojcem. W taką pogodę nawet Aberforth Dumbledore nie miał ochoty opuszczać jego pieleszy. Dziewczynka bezmyślne przesuwała figury na szachownicy, nie mając pomysłu na zabicie nudy. Ojciec już dawno przestał zwracać uwagę na jej marudzenie. Za to Płomyk siedział nastroszony na oparciu fotela, udając że nie istnieje. Zapewne nie miał ochoty nigdzie dostarczać poczty.
Nagłe tłuczenie w drzwi wejściowe tak go wystraszyło, że skrzecząc przeraźliwie spadł na ziemię. Gracia, nie zwracając uwagi na jego oburzony wyraz dzioba, poszła otworzyć. Tacie jak zawsze ani to było w głowie - nie lubił przyjmować gości. Stanęła twarzą w twarz z Rosmertą, miała na sobie fioletową, nieprzemakalną pelerynę, a z parasola stojącego za nią jej ojca, lały się strugi wody.
- Chodź szybko! - zawołała przyjaciółka, zanim zdążyła się przywitać. - Musimy natychmiast iść na stację.
- Co takiego? - Gracia była mocno zdziwiona tą propozycją. Przecież lało jak z cebra.
Ku jej ogromnemu zdumieniu, ojciec Rosmerty także to potwierdził:
- Załóż pelerynę i kalosze. Musimy iść jak najszybciej, bo się spóźnimy.
- Ale na co? - dopytywała Gracia, a ciekawość wzbierała w niej jak woda w ich ogrodowej sadzawce. Zaczęła się już ubierać.
- Nie marudź - zganiła ją Rosmerta. - Do Trzech Mioteł przyszedł pan Albus Dumbledore. Powiedział, że właśnie idzie na dworzec i że ciebie też mamy przyprowadzić.
Niemal biegli przez całe Hogsmeade. Starając się przeskakiwać kolejne błotniste kałuże Gracia zastanawiała się, czego takiego może chcieć od niej wujek Albus w taką pogodę. Może to a coś wspólnego z jej listem? Serce w jej małej piersi tłukło się coraz mocniej.
Kiedy dotarli na peron, na stację Hogsmeade wjechał akurat czerwony ekspres z Londynu. Zanim dziewczynka wypatrzyła gdzieś wujka Albusa, z jednego z wagonów wysiadła dumna i wyniosła kobieta w bogato wyszywanej, granatowej szacie oraz z wachlarzem w ręku. Z uszu zwieszały się jej kolczyki w kształcie półksiężyca.
Jeszcze nigdy Gracia nie biegła tak szybko. Rozpierało ją szczęście. Nie zwracała uwagi na czarodziejów wychodzących z pociągu, ani na ulewny deszcz. Kobieta ledwo zdążyła przykucnąć, zanim dziewczynka rzuciła się jej na szyję.
Gracia wtuliła twarz w jej szal. I już wiedziała czym był ten zapach, który wyczuła w uwarzonej przez ojca Amortencji - perfumy cioci Landry.
- Nigdy więcej mnie nie opuszczaj - powiedziała, zanim rozpłakała się ze szczęścia.





