Poranek jaki nastał następnego dnia nie należał do najprzyjemniejszych, jakie do tej pory miały tutaj miejsce. Ciocia Landra wciąż była wściekła, a ojciec mruczał, że boli go głowa i... nie tylko.
- Wygląda na to, że w stanie wskazującym mówisz świetnie po hiszpańsku - warczała do niego ciocia przy śniadaniu.
- Nie zauważyłem - odparł ojciec z obrzydzeniem patrząc na to, co pojawiło się na stole. - Co to za mamry?
- Tosty i pasta pomidorowa z czosnkiem - powiedziała szybko Landra Navarro. - Następnym razem zamiast formy buenas noches używaj bona nit.
- A co to za różnica? - zapytał Aberforth Dumbledore. - Milagros zawsze...
I to był błąd:
- Guzik mnie obchodzi, co Milagros zawsze! - ryknęła ciocia. - Teraz przez ciebie ja tutaj ugrzęzłam i dostosujesz się do moich reguł! Jasne?!
- Jasne, jasne, tylko się tak nie drzyj, bo głowa mi pęka.
- Na własne życzenie.
- Dobrze. To jaka jest konkretnie ta różnica? - dopytał niewinnie ojciec.
- Pierwsze to po hiszpańsku, drugie po katalońsku - wyjaśniła zrezygnowana ciocia. - Przy mnie masz mówić po katalońsku.
- Wiesz, "w stanie wskazującym" to mogę ci mówić nawet po grecku i po włosku, jeśli sobie życzysz.
- Obejdzie się. - Panna Navarro uznała, że nie ma sensu brnąć w to dalej. - Na powitanie powinieneś powiedzieć raczej bon dia, a nawet jeśli chciałeś doprowadzać mnie do szału hiszpańskim to byłoby buenas tardes.
- No popatrz, jaka ty jesteś wykształcona.
Ojciec mógł sobie z tego żartować. Gracia jednak łowiła każde słowo. Już postanowiła, że nauczy się katalońskiego... i hiszpańskiego, jeśli starczy czasu.
- Czy nie mogłabyś dawać nam do jedzenia czegoś normalnego? - zapytał Aberforth Dumbledore, wracając do bardziej interesującego go tematu, gdy pastą pomidorową ubabrał sobie szatę.
- Jak ci coś nie pasuje, to sam przygotowuj śniadania - wysyczała ciocia przez zaciśnięte zęby. - Ja chętnie pośpię do południa.
- I... katalońskim zwyczajem, po południu też - dodał ojciec.
Było to bardzo nieprzemyślane, bo Landra Navarro wyglądała już tak, jakby chciała go uderzyć, ale mocno się powstrzymywała. Na szczęście to zauważył:
- Już się tak nie gorączkuj. Ach, ta gorąca krew... To znaczy, chciałem powiedzieć, że te rogaliki z czekoladą były bardzo dobre.
- I dlatego musiałeś zjeść wszystkie na jednym posiedzeniu.
Cały tydzień upłynął im na podobnych wymianach zdań i ojciec w końcu zarobił w policzek. Gracia za to nauczyła się kilku nowych, katalońskich przekleństw.
Jedna z ciekawszym sprzeczek wybuchła w czwartek rano, gdy Gracia z ciocią wróciły z zakupów.
- W końcu udało mi się kupić tutaj chleb - powiedziała Landra Navarro.
- Gdzie?! - wykrzyknął ojciec, a jego oczy zapłonęły jakimś dziwnym blaskiem.
- Zamówiłam u pani Puddifoot. - Ciocia wzruszyła ramionami.
- Czy ja ci nie mówiłem, że tutaj chleb piecze się samemu?! - wydarł się Aberfoth Dumbledore.
Ciotka zmrużyła oczy i widać było, że mocno się powstrzymuje od zrobienia awantury.
- A ja nie mam zamiaru się z tym babrać - powiedziała chłodno i dobitnie. - Jeśli tak ci na tym zależy, to sam sobie piecz. I przypominam ci, że w każdej chwili mogę wrócić do domu.
Przez twarz ojca przemknął spazm wściekłości:
- Tego nie zrobisz!
- Ależ zrobię, nawet zaraz - odparła spokojnie Landra. - Przebywanie tutaj, szczególnie w twoim towarzystwie, nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. A nie jestem przyzwyczajona do robienia tego, czego nie lubię.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jakie plotki rozniosą się po Hogsmeade po twoim dzisiejszym wyskoku? - Szybko zmienił temat pan Dumbledore.
Ciocia ruszyła z zakupami do kuchni, popychając przed sobą Gracię. Niestety, ojciec poszedł za nimi.
Panna Navarro odłożyła torby z impetem na blat:
- Nic mnie to nie obchodzi.
- Ale mnie obchodzi! - ryknął Aberforth Dumbledore. - Gdybyś to tylko ty miała przez to zszarganą reputację, obchodziłoby mnie to tyle, co stare portki Merlina, ale tutaj chodzi też o mnie i o moją córkę.
- Tak, zawsze najpierw TY, a dopiero potem twoja córka.
- Mnie do tego nie mieszajcie - wtrąciła szybko Gracia, korzystając z okazji, aby zwrócić na siebie uwagę.
Ciocia uśmiechnęła się do niej pobłażliwie, a potem podeszła do swojego szwagra, złapała go za szatę na piersi i przysunęła się bardzo blisko niego:
- Nie interesuje mnie, jakie tutaj panują zwyczaje. Nie jestem twoją służącą. Zostałam tutaj ze względu na Gracię - syczała, niemal przez zaciśnięte zęby. - I nie zrobisz ze mnie takiej kury domowej, jaką zrobiłeś z Milagros.
Aberforth Dumbledore wyrwał się jej z rykiem wściekłości. Imię zmarłej żony, wypowiadane przez kogoś innego niż on, w dodatku w takim kontekście, źle na niego działało. Oparł się o ścianę i ciężko oddychał, a ciotka triumfowała:
- Rozpakuj zakupy i przebierz się w coś normalnego - powiedziała. - Od tej szkockiej kraty robi mi się niedobrze.
Landra Navarro chyba postanowiła wrócić do swoich zajęć, bo odwróciła się na pięcie i zeszła po czterech schodkach prowadzących do salonu.
- Sama się przebierz - zawołał za nią ojciec. - W tych swoich hiszpańskich kieckach wyglądasz jak ladacznica!
Gracia trochę żałowała, że nie odwiedzał ich wujek Albus. Wiedziała, że zaczął się rok szkolny i podejrzewała, że osławiony profesor Dumbledore ma w Hogwarcie mnóstwo zajęć, ale dobrze by było, gdyby jakaś osoba trzecia, pomogła w uzdrowieniu sytuacji w domu.
Z pozoru błaha kłótnia o chleb, wywołała prawdziwą wojnę szkocko-katalońską. Ojciec, nie tylko nie porzucił swojej szkockiej kraty, ale zaczął też nosić najprawdziwszy kilt. Rzecz jasna, Landra Navarro nie pozostała mu dłużna i jej stroje stały się jeszcze bardziej wyzywające. Gracii osobiście, suknie cioci wydawały się o wiele ładniejsze od tych, które nosiły kobiety w Hogsmeade. Mieszkanki wioski uważały jednak inaczej i głośno to komentowały, gdy mijały je na ulicy. A ciocia? Jak to ciocia - szła z dumnie uniesioną głową, mierząc je pogardliwym spojrzeniem (o ile oczywiście uznała, że warto je nim zaszczycić) i przyciągając wzrok wszystkich miejscowych mężczyzn.
Gracia jednak już zdecydowała. Też chce mieć takie sukienki, jak jej nowa opiekunka. No bo które dziecko nie chciałoby wyróżniać się w szarym tłumie, pięknymi, kolorowymi strojami. A Hiszpania, wbrew temu, co mówił tata, musi być wspaniałym krajem. Zaczęła nawet coś tam nadmieniać cioci o potrzebie sprawienia jej nowej garderoby.
- Twój ojciec powiesiłby mnie na pierwszym lepszym drzewie w ogrodzie - podsumowała Landra Navarro.
Zmieniła chyba zdanie po kolejnej sprzeczce do jakiej doszło w domu.
- Jeszcze tylko kastanietów ci brakuje - rzucił Aberforth Dumbledore, przyglądając się stojącej przed lustrem szwagierce.
- Kastaniety mam w swoim kufrze - odparła bardzo spokojnie ciocia. - I jeśli tak bardzo ci zależy, mogę je wyjąć choćby zaraz i na środku wioski odtańczyć flamenco. Tego chcesz?
- Niezupełnie - mruknął ojciec.
- A dudy dla ciebie leżą na stole - dodała najspokojniej w świecie panna Navarro.
- W takim razie możecie wystąpić razem - mruknęła cicho Gracia.
Sprzeczki ojca i ciotki, choć dość zabawne, pomału stawały się męczące.
Wrażenie coraz bardziej zmęczonej sprawiała też ciocia. Taszczenie ciężkich toreb z zakupami zdecydowanie nie było tym, co lubiła najbardziej. Gotowanie i sprzątanie, do których nie raz starała się też zagonić Aberfortha Dumbledore'a, również do przyjemnych nie należało. Poza tym, resztę wolnego czasu, jaki miała, poświęcała Gracii, zwykle (po wielkiej awanturze z jej ojcem) ucząc ją języka katalońskiego.
Za to skupienie się ojca na "działaniach wojennych" spowodowało, że na chwilę zapomniał o stracie żony i coraz rzadziej zaglądał do kieliszka. Jednak wszystko ma złe i dobre strony.
W połowie września wszystkich spotkała niespodzianka. Miła zwłaszcza dla cioci Landry. Jak w każdą sobotę, kiedy w Hogsmeade odbywał się targ, Gracia wracała z nią obładowana zakupami, gdy pod ich dom
zajechał czarny samochód z czerwono-żółtym proporczykiem hiszpańskiego Ministerstwa Magii. Ciocia stanęła jak wryta, podczas gdy z pojazdu wysiadł elegancki mężczyzna z nienagannie przystrzyżonym wąsem, w obcisłych, błyszczących spodniach, które do połowy zasłaniała purpurowa szata czarodzieja, z jakiegoś na pewno bardzo drogiego materiału. Buty miał wypucowane na wysoki połysk.
- Rodrigo! - wykrzyknęła panna Navarro odzyskując głos.
Szybko odłożyła zakupy i rzuciła mu się na szyję. Gdy długo tak stali, a ciocia nie zamierzała się od niego odkleić, Gracia postanowiła się przywitać.
- Bon dia - wydukała, mając nadzieję, że dobrze zapamiętała katalońskie "dzień dobry".
Mężczyzna spojrzał na nią z aprobatą, a ciocia w końcu się od niego odsunęła.
- Moja siostrzenica, Gracia - przedstawiła ją szybko, po raz pierwszy patrząc na nią z taką dumą. - Gracia, to jest Rodrigo Porfirio, nasz szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
- Widać, że będą z niej ludzie - powiedział mężczyzna.
- Co cię do nas sprowadza? - zapytała Landra Navarro, lekko się, uśmiechając.
Ponieważ mówiła po angielsku, dziewczynka uznała, że może zostać i przysłuchiwać się rozmowie.
- Przywiozłem ci zakupy - odpowiedział czarodziej z szarmanckim uśmiechem.
- I tylko po to tłukłeś się do Wielkiej Brytanii? - zapytała panna Navarro, nienaturalnie przymilnym tonem.
Oj, niedobrze, pomyślała Gracia, ktoś tu zaczyna flirtować.
- Co prawda mam kilka spraw do załatwienia w tutejszym Ministerstwie - odparł Rodrigo Porfirio - ale postanowiłem połączyć... przyjemne z pożytecznym.
- Gdzie przyjemne to...
- Spotkanie z tobą oczywiście - odparł mężczyzna, otwierając bagażnik i wyciągając z niego kosze z rzeczami, które przywiózł.
Gracii zaczęło robić się niedobrze, takie to było przesłodzone.
- W takim razie zapraszam - zaśmiała się ciocia, otwierając drzwi.
Schyliła się, aby podnieść zakupy z ziemi, gdy:
- Chyba żartujesz - odezwał się pan Porfirio. - Zostaw to natychmiast. Zaraz się tym zajmę.
- Rodrigo, naprawdę...
- Landra, czy ty chcesz, żeby mnie Alejandro natychmiast zdegradował do rangi portiera, gdy się dowie, że pozwoliłem ci cokolwiek nosić?
Ciocia tylko się uśmiechnęła i weszła do środka:
- Nie wiem, jak ci się odwdzięczę...
- Dziwne, że o tym wspomniałaś - zaśmiał się szef departamentu. - Tak się składa, że mam dwa bilety na dziś wieczór do Magicznej Opery w Edynburgu. Dasz się zaprosić?
- Zobaczymy. - Landra Navarro niepewnie spojrzała na Gracię.
- Dam sobie rady - powiedziała natychmiast dziewczynka.
Niezależnie od tego, jakim zagrożeniem wydawała jej się wizyta Hiszpana, uważała, że ciocia ma prawo do odrobiny rozrywki.
Im dłużej trwała wizyta Rodriga Porfirio, tym bardziej była przekonana, że w Hiszpanii ciotka była traktowana jak księżniczka.
- Zostaw to! - Było pierwszą reakcją mężczyzny na próbę rozpakowania przez nią zakupów. - Ja się tym zajmę. Jedyne odpowiednie tam dla ciebie rzeczy to kilka gazet i dokumenty do podpisu z twojego departamentu.
A do rozdysponowania było mnóstwo rzeczy, na widok których, Aberforth Dumbledore, wcale się nie ucieszy (może poza cavą).
Gracia zaprowadziła pana Porfirio do ziemianki, gdzie pomogła mu wyłożyć na półki takie... rarytasy, jak dżem o smaku pigwy, pikantne kiełbaski, chyba osławione chorizo, bo mocno pachniały czosnkiem, krewetki (podobno najlepsze, jakie dało się kupić w Katalonii) i małże. Następnie kilka rodzajów ryb, w tym dorsza i najbardziej lubianą przez Gracię, rybę maślaną. Później poszły w ruch kolejne owoce morza: langusty, kraby, kalmary... Oj, ojciec nie będzie zachwycony.
Gdy wrócili do domu, zastali ciocię Landrę na kanapie, zaśmiewającą się do rozpuku, podczas czytania jakiejś gazety. Nie było jednak czasu na pytanie, co ją tak bawi, bo na rozpakowanie czekały kolejne rzeczy. W wiklinowych koszykach ułożyli bakłażany, cukinie, świeże oliwki i... figi. Następnie na parapecie stanęły w doniczkach bazylią i oregano, a do słoiczków o różnych rozmiarach i kształtach, przesypali orzeszki piniowe, migdały, zarówno takie w całości, jak i w płatkach, również karmelizowane i szafran oraz ryż zwany bomba. Było też mnóstwo rzeczy, które dziewczynka widziała po raz pierwszy w życiu. W końcu wyciągnęli pękatą butelkę oleju z oliwek oraz kataloński miód i rozpakowywanie się zakończyło.
Gracia usiadła obok cioci i zaczęła przekładać teczki, które wciąż leżały nietknięte na stoliku kawowym.
- Lepiej je zostaw - odezwała się Landra Navarro znad przeglądanego pisma. - To nie lektura dla ciebie. Z resztą, zapewne zostały zaczarowane tak, że tylko ja mogę je otworzyć. Możesz sobie przeczytać to.
Podała jej gazetę, a sama z cichym westchnięciem sięgnęła po dokumenty. Dziewczynka spojrzała na okładkę i... Niby jak miała to przeczytać, skoro było po hiszpańsku?!
Z kuchni wyłoniła się głowa Rodriga Porfirio:
- Masz ochotę na zupę migdałową? A może na Valencianę? - zapytał, obwiązując się w pasie długim, ciemnozielonym fartuchem.
Gracia wytrzeszczyła na niego oczy. Co to kiedyś mówiła mama...
- Zamierzasz gotować? - wypaliła.
- Przecież nie będzie tego robiła twoja ciocia - odpowiedział bardzo zdziwiony.
- Zwykle...
- Rodrigo, jesteś pewien, że ci się chce? - przerwała jej natychmiast Landra Navarro.
- Dla ciebie, oczywiście - odparł Hiszpan. - Jak to mówią... przez żołądek do serca. A ty tymczasem postaraj się jak najszybciej uporać z tymi papierami i przygotuj do wyjścia. Nie chcemy się przecież spóźnić, a już dobrze wiem, ile czasu potrafisz spędzić w łazience. Alejandro chyba przysłał ci nową suknię i wachlarz.
Po tych słowach zniknął w kuchni.
- No proszę - podsumowała ciocia, przywołując atrament i pióro.
- Wszyscy w hiszpańskim Ministerstwie wiedzą, że jak wejdziesz do łazienki, to się ciebie stamtąd nie wyciągnie? - zapytała Gracia, gdy ciocia nachyliła się z piórem nad dokumentem.
- Prawdopodobnie tak - mruknęła.
- I wszyscy przy tobie tak skaczą?
- Ostatniego urzędnika, który tego nie robił, twój wujek zdegradował do roli odźwiernego - odparła bez większego zainteresowania Landra Navarro.
Oczy dziewczynki teraz przypominały już denka od słoików. Tak była zaskoczona tym, co usłyszała.
- A kim ty właściwie jesteś w tym Ministerstwie? - zapytała.
- Przede wszystkim jestem siostrą Ministra Magii - zaśmiała się ciocia. - A oficjalnie pracuję jako szef Departamentu Sekretów i Tajemnic. Zwykle wszystko robią moi zastępcy, a ja pokazuję się na bankietach i ładnie uśmiecham. Jednak jak widzisz, od czasu do czasu, muszę zrobić coś innego, bo ostateczne decyzje należą do mnie.
Gracia nie miała pojęcia, że ciocia w ogóle ma pracę. Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby ją o to zapytać. Chyba jednak mało o niej wiedziała.
- A kto to jest Fierabras Bantsoen? - zapytała, wymieniając nazwisko, które w wertowanej przez nią gazecie, pojawiało się przy "Landra Navarro".
- Belgijski Minister Magii - odparła ciocia, nieco zaskoczona pytaniem. - Czasami się z nim spotykam - dodała, widząc spojrzenie siostrzenicy, w którym czaiła się żądza większej ilości informacji.
- Aha.
Landra Navarro skończyła podpisywać dokumenty, bardzo szybko napisała coś na małej karteczce i wysłała sowę. Potem zniknęła w łazience.
Gracia wstała z kanapy i ruszyła do kuchni, z której dochodziły już bardzo smakowite zapachy. Usadowiła się na sosnowym krześle przy stoliku na środku pomieszczenia. Przez chwilę przyglądała się panu Porfirio.
Również jemu miała zamiar zadać kilka pytań.
- Podoba ci się moja ciocia? - zapytała o to, co najbardziej ją nurtowało.
- Landra jest bardzo piękną kobietą - odpowiedział dość zagadkowo.
- A skąd wiesz, ile czasu zajmuje się ubranie się do wyjścia?
- No cóż, nie raz już czekaliśmy na nią z rozpoczęciem jakiegoś bankietu czy przyjęcia urządzanego przez nasze Ministerstwo - odparł, dochodząc chyba do wniosku, że nie uda mu się zbyć dziewczynki byle czym. - Landra jest u nas jedyną kobietą na tak wysokim stanowisku.
- Od dawna? - zapytała Gracia.
- Od jakiś ośmiu lat - powiedział po namyśle mężczyzna. - Wcześniej była szefem Departamentu Kultury i Historii Magicznej.
- Porąbałem to cholerne drewno! - rozległ się w przedpokoju głos ojca.
Gdy Gracia zerwała się z miejsca i stanęła w wejściu do salonu, zobaczyła coś bardzo niepokojącego. Ojciec stał przy drzwiach i właśnie wpatrywał się w ciocię, która wyłoniła się z łazienki. Niewątpliwie w nowej sukni, bo takiej u niej dziewczynka jeszcze nie widziała, a na pewno by nie zapomniała. Czarna i obcisła, od kolan zaczynały się falbany i długi ogon, wykończone czerwoną tasiemką, z przodu nieco krótsza. Dziewczynka patrzyła i nie wierzyła własnym oczom. Rozkloszowane na końcach rękawy, uszyte były z koronki tkanej tak misternie, że trudno było uwierzyć, iż została wykonana przez człowieka, nawet takiego, który zna się na magii. I oczywiście idealnie wycięty dekolt, który więcej odsłaniał, niż ukrywał. Nic dziwnego, że ojciec otworzył usta ze zdumienia.
- Muszę przyznać, że Alejandro ma gust. Chyba, że to ty jesteś taką ozdobą dla tej sukni - powiedział głębokim głosem stojący za Gracią pan Porfirio.
- Widzę, że masz gościa. - Ojciec w końcu odzyskał mowę.
- Tak, to jest Rodrigo Porfirio, nasz szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów - wyrecytowała szybko ciocia.- Rodrigo, to mój szwagier, Aberforth.
- To chyba możemy już siadać do stołu - oparł mężczyzna, gdy ciocia ruszyła w jego stronę.
Tak grobowego nastroju przy posiłku nie było już dawno. Ojciec z ponurą miną grzebał w swoim talerzu, wyrzucając z jedzenia krewetki i od czasu do czasu, rzucając ponure spojrzenie na ciotkę. Landra Navarro obserwowała jego zabiegi z miną godną bazyliszka.
- Wychodzę dzisiaj z Rodrigiem do opery - oznajmiła w końcu.
- I co w związku z tym?
- Albus was odwiedzi.
- Nie potrzebuję niańki - obruszył się ojciec.
Gracia obawiała się, że teraz to tacie już na pewno się oberwie, jednak po nagłym błysku wściekłości w oczach, Landra Navarro przełknęła ślinę i powiedziała całkiem spokojnie:
- O tym, czy potrzebujesz "niańki" czy też nie, zadecyduję ja. A szczerze mówiąc, wciąż nie jestem pewna, co się roi w tej twojej chorej głowie.
W normalnych warunkach Aberforth Dumbledore z pewnością odpowiedziałby jej w tym samym tonie. Dzisiaj jednak sytuacja była niecodzienna, więc sprawę przemilczał. I dobrze, bo w innym wypadku ciocia na pewno by zaczęła się odgrażać, że wróci do domu, a sądząc po zachowaniu pana Porfirio, on z przyjemnością od razu by ją tam zabrał.
Milczenie okazało się być domeną tego popołudnia. Po posiłku, ciocia posadziła obu panów na kanapie, postawiła przed nimi karmelizowane migdały i zaproponowała, żeby sobie porozmawiali.
- A cavy nie masz? - zapytał Aberforth Dumbledore.
- Nie - odpowiedziała ciocia, nie do końca zgodnie z prawdą. - Poza tym, ty dzisiaj nie pijesz, chyba, że chcesz zginąć w strasznych męczarniach.
- W takim razie z rozmowy nici - odpowiedział ojciec z miną obrażonego dziecka.
Siedzieli więc obok siebie i milczeli. Landra Navarro wzruszyła ramionami i wycofała się do łazienki. Gracia poszła za nią. Przez chwilę patrzyła jak ciocia tuszuje rzęsy i maluje usta na ciemny, czerwony kolor.
- Co ja tutaj będę robiła, jak ty sobie pojedziesz? - zapytała w końcu.
- Nigdy nie zostawałaś tylko z tatą? - zapytała zdziwiona.
- Nigdy.
Ciocia na chwilę zaniemówiła, zajmując się upięciem na karku koka.
- No cóż - powiedziała w końcu. - Poproś wujka, albo tatę, żeby ci coś przeczytali, tylko dokładnie sprecyzuj co, bo podobno nawet o to potrafią się pokłócić. Możecie pograć w szachy, przecież dopiero co kupiłam ci nowy komplet, w zamian za te stare zniszczone gargulki, które wyrzuciłam. I pilnuj, żeby ojciec nie zbliżał się do ziemianki. A teraz mi pomóż.
Pomogła cioci upiąć jakąś mieniącą się czernią siatkę na koku i wpięła jej z jednej strony we włosy ogromny czerwony kwiat.
- I jak? - zapytała ciocia.
- Przepięknie - odparła Gracia, rzucając się jej na szyję.
Landra Navarro przycisnęła ją do siebie i szepnęła:
- Tylko specjalnie na mnie nie czekaj, mogę wrócić późno.
- Lub wcale - rozległ się głos Aberfortha Dumbledore'a.
Stał w progu, przyglądając się im z dziwną miną.
- Skoro jesteś już gotowa, to może pójdziesz do tego całego Rodriga. Wygląda, że się doczekać nie może, a ja potrzebuję tutaj intymnej atmosfery.
Przed wyjazdem do opery, Rodrigo Porfirio przypomniał sobie, że również dla Gracii ma sporą torbę hiszpańskich słodkości. Zanim jednak dziewczynka do niej zajrzała, postanowiła wyjść przed dom i jak należy pożegnać się z ciocią.
- Nie wracaj za późno - powiedziała, znów zarzucając jej ręce na szyję.
- Postaram się, ale nic nie obiecuję - szepnęła ciocia. - Dawno nie... No właśnie, dawno nie widziałam się z Rodrigiem. Lepiej zobacz, kto tam idzie.
Landra Navarro wskazała na drugi koniec ulicy. Gracia oderwała się od niej i ujrzała zmierzającego w ich stronę wujka Albusa.
- Dopilnuj, żeby Gracia znalazła się w łóżku przed dziesiątą. I żeby twój brat nie zalał się w sztok - rzuciła do niego ciotka, wsiadając do samochodu i nie zwracając najmniejszej uwagi na jego zachwycone spojrzenie. - Potem możesz wracać do swojego zamku.
I odjechali.
- No widzisz - usłyszeli głos ojca, opartego o framugę drzwi. - Żeby przed panną tą wyglądać godnie, trzeba mieć widać, obcisłe spodnie - podsumował.
A potem dodał:
- Lepiej pójdę zobaczyć, czy ten cały Porfirio nie przywiózł jej kolejnej flaszki Amortencji w perfumach.
- O nie! - zaprotestowała Gracia. - Nie będziesz przeszukiwał rzeczy cioci.
- No dobrze. - Aberforth Dumbledore odwrócił się na pięcie. - Tylko nie miej do mnie później pretensji, jeśli ona przez przypadek zostanie twoją macochą. A tymczasem idę do ziemianki, rozejrzeć się za inną flaszeczką.
- Tym bardziej zabraniam - rzuciła Gracia, doskonale naśladując ton ciotki i biegnąc za ojcem.
Ten odwrócił się i spojrzał na nią jakby widział ją pierwszy raz w życiu.
- Przecież muszę czymś poczęstować twojego ukochanego wujka.
- Zadowolę się herbatą - powiedział spokojnie Albus Dumbledore, wchodząc do salonu.
Przez pierwszą godzinę od wyjazdu cioci, Gracia była tak zaaferowana słodkościami, które otrzymała, że nie zwracała większej uwagi na ugrzecznione rozmowy dorosłych. Takich smakołyków w Wielkiej Brytanii nie było. Torbę wypełniały jakieś dziwne, musujące kwiatki, które po włożeniu do ust rozwijały i składały płatki, dziwnie łaskocząc, aż nie znalazły się w żołądku. Truskawkowo-kremowe klocuszki, zielone, czerwone i czarne jeżyny w posypce, paski arbuzowe i truskawkowe, brzoskwiniowe serca, które dziwnie pulsowały, karmelki owocowe, a przynajmniej tak rozszyfrowała Gracia kataloński napis na opakowaniu, Szalone Fasolki, skaczące w żołądku i rurki nadziewane truskawkami w czekoladowym sosie.
Ojciec przez cały ten czas uskarżał się na ciocię Landrę, jak zawsze, gdy znalazł kogoś, kto miał cierpliwość go słuchać.
- To dlaczego nie pozwolisz jej wyjechać? - zauważyła dość racjonalnie Gracia. - Pojechałabym z nią. Mają tam fantastyczne słodycze.
- Widzisz! Nawet dziecko mi przekabaciła - ryknął Aberforth Dumbledore przeszukując barek. - Gdzie ta whisky do cholery?
- Prawdopodobnie ciocia wylała - rzuciła od niechcenia dziewczynka. - Chodź lepiej zagrać ze mną w szachy.
- Nie do wiary, jak ta kobieta cię zna - rzucił wujek Albus do brata, z filiżanką herbaty sadowiąc się na kanapie.
- Niemal cała butelka najlepszej whisky wylana do zlewu - mruczał pod nosem tata, rozstawiając swoje figury szachowe.
Był jednak tak zaaferowany niesprawiedliwością jaka go spotkała, że zupełnie nie mógł się skupić na grze. Siedmiolatka pokonała go w kilku ruchach, a przecież sam ją kiedyś uczył.
Później, zgodnie z zaleceniami cioci, rozegrała bardzo zacięty pojedynek z wujkiem Albusem, który okazał się być godnym przeciwnikiem. Niestety, partia nie została rozstrzygnięta, bo na szachownicę wskoczyła wystraszona uderzeniem pioruna Bruna.
- Widzisz, nawet jej kot potrafi uprzykrzyć życie - zatriumfował ojciec, który przez ostatnich kilka godzin odpuścił sobie temat Landry Navarro, skupiając się na kibicowaniu córce.
A ciocia wciąż nie wracała. Nie pomagało też tłumaczenie, że zapewne nawet koncert się jeszcze nie skończył, nie mówiąc już o powrocie z Edynburga. W końcu zmęczona ciągłym wyglądaniem przez okno, Gracia zasnęła.
Lekkie szturchnięcie obudziło ją nad ranem. Za oknem panowała już świtało. Dziewczynka przez chwilę zastanawiała się, gdzie jest.
Okazało się, że ktoś ułożył ją na kanapie w salonie, a nad nią... stała ciocia Landra. Nadal jeszcze w eleganckiej sukni, otulona czerwonym szalem. Gdzieś tylko zgubiła kwiat, który wieczorem wpinała we włosy. Chyba dopiero co wróciła.
- Co tutaj robisz, skarbie? - zapytała.
- Czekałam na ciebie i chyba zasnęłam - wymruczała dziewczynka.
- Przecież mówiłam, że mogę wrócić późno - westchnęła ciocia, biorąc ją na ręce i przenosząc na fotel, aby rozłożyć łóżko. - Może jakoś się tutaj zmieścimy.
Nastrój:
tagi: